SANOCKI „MECHANIK” OBCHODZI 80-LECIE ISTNIENIA. Wspomnienia absolwenta: „Nasze pokolenie w Technikum Mechanicznym w Sanoku”
Prezentujemy wyjątkowe wspomnienia jednego z absolwentów Zespołu Szkół nr 2 w Sanoku – Pana Jana Wydrzyńskiego. W swoim opowiadaniu opisuje lata spędzone w „Mechaniku”, pełne nauki, pasji, przyjaźni i codziennych przygód w szkole, która kształciła fachowców i wszechstronnie rozwijała młodych ludzi.
„Tak, chodziliśmy do „technikum polonistyczno – historyczno –mechanicznego”, jak niektórzy licealiści z nas dworowali. Na dodatek musieliśmy chodzić w granatowych marynarkach, nosić tarcze i patki, mieć dzienniczki ucznia, co jeszcze bardziej nas odróżniało od „wolnościowców” z liceów.” – wspomina absolwent „Mechanika” Pan Jan Wydrzyński, uczeń w latach 1967 – 1972
NASZE POKOLENIE
„…Każde pokolenie ma własny czas
Każde pokolenie chce zmieni
świat
Każde pokolenie odejdzie w cień
A nasze nie…
Droga na sam szczyt
A tam nie ma nic
Tylko ślady po
Pokoleniach….”
Grał i trąbił Zespół Kombi, którym byliśmy zafascynowani w naszej młodości. Czytając w Tygodniku Sanockim informację, o tym, że „nasza buda” – ówczesne Technikum Mechaniczne, obecnie Zespół Szkół nr 2, będzie w 2026 roku obchodził swoje 80-lecie istnienia pomyślałem, czy nie warto podzielić się refleksjami o tym, jak to było w „naszym pokoleniu”? Może to kogoś zainteresuje, do czegoś zainspiruje, rozbawi?
„…Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga,
Łam, czego rozum nie złamie!
Młodości! orla twych lotów potęga,
Jako piorun twoje ramię!…” – pisał na początku XIX wieku nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz w „Odzie do młodości”.
Zastanawia Cię młody czytelniku, skąd u mnie taka skłonność do cytatów z literatury, chęć sięgania do tekstów piosenek? To „skażenie”, które zostało nam z tamtego POKOLENIA po naszych profesorkach języka polskiego, że wymienię tylko śp. Panie prof. Marię Bruna i Julię Prokop, które dużo od nas wymagały, musieliśmy czytać dużo lektur, uczyć się na pamięć wierszy, aby przeczytane treści wykorzystać w rozprawkach i na ich bazie rozwinąć myśl, dojść do pointy, uzasadnić stawiane tezy.
Nasi nauczyciele mawiali, że technik i przyszły inżynier ma mieć „otwarty umysł, posiadać wiedzę historyczną o swoim kraju, znać literaturę polską, być fachowcem w swojej dziedzinie”. Nawet w soboty chodziło się wówczas do szkoły.
Dlaczego wybrałem tę szkołę? Odpowiedź jest tyle trudna, co oczywista. Bo zatrudnienie w Autosanie po studiach było szansą na zawód, pracę, mieszkanie. Ponadto w moim bloku przy ulicy Kolejowej mieszkał wraz z rodziną dostojny, mocno zbudowany, wysoki, siwiejący Pan z wąsikiem o nazwisku Władysław Dziduszko. Pan profesor był pierwszym dyrektorem szkoły utworzonej z inspiracji i dla potrzeb kształcenia kadr dla Sanockiej Fabryki Autobusów. Mieszkał też syn kolejnego z dyrektorów naszej szkoły Pana Stanisława Potockiego, od lat sprawujący ważne funkcje w Zarządzie Autosanu wśród jego kadry kierowniczej. To też był dla nas istotny argument by im dorównać.
„Byliśmy też krnąbrni, a jakże. Podczas praktyk w fabryce, aby skrócić czas pobytu w niej, strażnikom stojącym na bramie mówiliśmy, że musimy wyjść wcześniej, gdyż ktoś nas wysłał „po asymptoty do hiperboli”, które są w szkole. Nieraz nam się za to oberwało od wychowawcy. Nasza „5 a” wcale nie należała do najgrzeczniejszych w całej edukacji”
Po skończeniu Szkoły Podstawowej nr 1 wybraliśmy się z kolegą klasowym Wojtkiem na egzamin wstępny. Jako uczestnicy i laureaci powiatowej i wojewódzkiej Olimpiady musieliśmy pisać i zdawać ustnie zarówno fizykę, jak i matmę. Szkoła stawiała takie wymagania i nie respektowała zwolnień olimpijczyków. A egzaminator Pan prof. Mieczysław Habrat, na którego trafiliśmy, nie dawał żadnych forów, o czym mieliśmy się także okazję przekonać pisząc w starszych klasach, tuż przed końcem lekcji, 3-4 minutowe kartkówki z fizyki. Tak to bywało.
Jako się rzekło, nasza szkoła stawiała na dobre zawodowe jak i ogólne wykształcenie. W III i IV klasie mieliśmy obowiązkowe jednomiesięczne praktyki w Autosanie. Zaś nauka zawodu łączyła się z jednodniowymi, w każdym tygodniu, warsztatami szkolnymi. Tam zdobywaliśmy praktyczne umiejętności ślusarzy, tokarzy, frezerów, spawaczy, malarzy (pistoletem i metodą zanurzeniową), wykonując tzw. detale do autobusów. Od polerowania pastą polerską pozostawały każdemu darmowe wąsy. Ubaw był po pachy. Ze śp. instruktorami zawodu Aleksandrem Sarkady, Franciszkiem Drwięgą, Franciszkiem Kędzierskim, Józefem Lubasem szlifowaliśmy umiejętności, by nie być w przyszłości „zielonymi” kierując pracą podległych pracowników. Nieraz opowiadamy sobie, jak to bywało u Pana prof. Jana Hyriaka (u Sina) na lekcjach rosyjskiego, u prof. Jana Gubińskiego „Dżordża” na angielskim, czy w trakcie poprawiania „gały” ze skrawania lub automatyki u inżyniera Aleksandra Ćwiertni. Kto kończył mechanik wie, jakie „regułki” słowne obowiązywały, aby rodzice nie musieli trzymać w domu „bałwana”, jak ja/my!! Profesorka Prokop miała z nami nieraz krzyż pański. Zamiast zbierać ziemniaki w polu, niektórzy z nas „wdeptywali je w ziemię”, co zauważył kierownik PGR. Oj, działo się wtedy. Mnie i koledze, zdarzyło się „zawisnąć w prawach ucznia” na dwa tygodnie. A wszystko z powodu nadmiernych chęci uczenia się matematyki. Było to w trakcie matur starszych kolegów. Wówczas część nauczycieli była egzaminatorami i zdarzało się, że przepadła jakaś lekcja. Mieliśmy ustną umowę z śp. Panią prof. Danutą Fedak, że ona chętnie na takich „oczkach” przyjdzie nas podciągnąć z matmy. Mieszkała za płotem szkoły. Jako się rzekło, pęd do nauki był duży, więc po przegłosowaniu przez klasę, poszliśmy Ją poinformować, że jest okazja do szlifowania matmy. Już trwały zajęcia, kiedy jeden z egzaminatorów powrócił na „swoją lekcję”. Konsternacja. „…No więc, co Pani profesor tutaj robi na mojej lekcji…”?? I afera. Z Wieśkiem „dyndamy przez niecałe dwa tygodnie”. Gdyby nie nasi rodzice, którzy przyszli przepraszać dyrekcję, pewnie dotrwalibyśmy do końca „zawieszenia”. W łaskawości dyrekcji zostaliśmy „odcięci ze zwisu”!
„Śp. Pan prof. Wojciech Sołtys, autor i współautor wielu Roczników Sanockich wydawanych przed laty, był tym, który zaszczepiał nam miłość do naszej polskiej historii, rozbudzał zainteresowania turystyczne – Sobień, Jabłonki, Łańcut, Odrzykoń, Baligród, Warszawa, Bóbrka w ramach koła historyków”
Śp. Pan prof. Wojciech Sołtys „przemycał” też prawdziwe treści, tak, aby uczeń myślał o tym, co czyta, czego się uczy. Każdy z nas zapamiętał może inne szczegóły, ale mnie utkwiły podkreślania ołówkiem fragmentów w książce, wyjątki ujęte w klamry, których „będę tylko wymagał”. Resztę mogliśmy pominąć. Rok szkolny dzielił się wówczas na cztery okresy. Na koniec każdego musieliśmy opracować po kilkadziesiąt dat historycznych, znać każdą z nich, wiedzieć czego dotyczyła, wymienić postaci z tym związane. Teraz, oglądając teleturnieje patrzę z przerażeniem i zdziwieniem jak uczestnicy nie radzą sobie w tych sprawach. Że już o niektórych politykach lokujących Powstanie Warszawskie w końcu lat 80-tych ubiegłego wieku nie wspomnę. Szok, istny szok. Lekcje u „Wojtka” były ciekawe, nie wiedzieliśmy, kiedy się kończą. Można się było pośmiać, kiedy „Sołtys” zapraszał w uniżeniu do odpowiedzi „Jego wysokość Cara”. Ten nasz kolega Staszek, kończąc we Wrocławiu ZMECH (Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych) dorobił się przed emeryturą stopnia pułkownika. Serdecznie Ci gratuluję! Wyobraźcie sobie, że dwoje naszych przyjaciół z klasy pozytywnie zdało egzaminy wstępne na Wydział Prawa UJ, ktoś został filologiem polskim po WSP! Wielu z nas kończyło studia na Politechnice Warszawskiej i Krakowskiej na WSI Rzeszów, studiowało w Wyższych Szkołach Wojskowych. Inny kolega skończył AWF w Krakowie w specjalności „taniec towarzyski”. Dyplom robił u profesora Mariana Wieczystego. Po kryjomu, mieszkając w internacie, uprawiał boks w sekcji Stali Sanok. Na takie rzeczy w szkole średniej nie było zgody, jak i na piłkę nożną w ramach WF-u. Takie czasy. Ponad połowa z „5a” skończyła studia wyższe.
Ale nie samą nauką żyło się w szkole. Zawsze we wrześniu obowiązkowo trwały prace społecznie użyteczne. Często był to PGR w Stróżach Wielkich lub Spółdzielnia Produkcyjna w Kostarowcach. Tam przez kilka dni zbieraliśmy ziemniaki i inne płody rolne. Poza tym w szkole, dzięki doskonałym nauczycielom WF Państwu Wandzie i Edwardowi Lichnowskim, świetnie rozwijał się sport zespołowy na III ligowym poziomie. Koszykarze pod wodzą Pana Edwarda notowali sporo zwycięstw, zaś wychowankowie Pani Wandy, niemal z marszu wygrywali wielokrotnie III ligę siatkówki z zawodowymi klubami z Mielca, Stalowej Woli, oddając im awans do II ligi ze względu na to, że uczniowie mieli w szkole swoje obowiązki. Sięgnęli nawet po Mistrzostwo Polski Juniorów w hali w Przemyślu, wygrywając finał z MDK Warszawa. Z tej drużyny wielu zawodników grało później na najwyższym I-ligowym poziomie. Krzysiek Kosim, Henek Dydacki, Wojtek Domagała zasilili Resovię w czasach trenera Strzelczyka. Staszek Wesołowski, zwany Dżan, trafił do Płomienia Milowice (obecnie to ZAKSA Kędzierzyn Koźle), Wiesiek Bajgier wzmocnił Grodziec Będzin. Drużynę mistrzów tworzyli jeszcze Staszek Wojtuń, Jurek Łęcki, Witold Przybyło, Witek Malinowski, Bogusław Berdel, Rysiek Lasota. Chyba nikogo nie pominąłem? To byli nasi bohaterowie, w których kochały się dziewczyny, także spoza szkoły.
„Ale nie samą nauką żyło się w szkole”
Pani Lichnowska prowadziła też kółko taneczne. Prof. Ludmiła Bojarczuk kierowała szkolnym kółkiem teatralnym. Tam wielu uzdolnionych uczniów popisywało się swoimi talentami. Janusz Majewski zasiadał przy pianinie i akompaniował tancerzom, Jorgos Mocios – Grek z Krościenka, grywał na szkolnych uroczystościach na gitarze, wspaniale śpiewając różne przeboje. Jego starszy brat Zisis grywał nawet w studenckich zespołach w Krakowie. Zdolni byli Ci greccy imigranci. Za dyscyplinowanie nas odpowiadał śp. Pan prof. Zbigniew Marcinkowski musztrując nas na przysposobieniu obronnym, pilnując fryzur, ucząc bandażowania, strzelania etc. Tak dotrwaliśmy do matury.
Kiedy zdałem już ostatni ustny egzamin z fizyki, zadowolony wracałem do domu. W oknie stali oboje nasi wspaniali sąsiedzi Państwo Maria i Czesław Cyranowie. Pan Czesław był wówczas prezesem Sądu Rejonowego w Sanoku i ku mojemu zdziwieniu zaprosił mnie do mieszkania, gratulując zdanej matury częstował kieliszkiem koniaku. Na Kolejowej 1 życie sąsiedzkie nie znało barier. Mieszkali dyrektorzy, nauczyciele, sędziowie, lekarze, robotnicy, taksówkarze, wszyscy sobie pomagali, odwiedzali w chorobie, dzieci bawiły się wspólnie na podwórzu, wylewaliśmy lodowisko pod domem, graliśmy w piłkę, a bramką był trzepak.
Nasze pokolenie przeżyło komunizm, zimę stulecia, braki w sklepach, kolejki za papierem toaletowym, cukierkami, po kawę, pralki i lodówki, czekolady czekoladopodobne, tryumf piłkarzy na Wembley, czasy oszczędzania na wykup małego Fiata 126p z talonu. Były strajki 80. roku, powstanie Solidarności, stan wojenny, obozy internowania dla działaczy, wypychanie ich z biletem w jedną stronę do USA, Francji, Australii, Kanady. Była SB i inwigilacja, był wybór Karola Wojtyły na papieża Jana Pawła II, okrągły stół, upadek komuny, ponad 30% bezrobocie, upadek wielu zakładów pracy, umowy śmieciowe, wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, do NATO. Część z nas przez obozy przejściowe w Austrii i Izraelu trafiła do Stanów Zjednoczonych, ktoś pracował przy konstruowaniu helikoptera Kania w Świdniku, inny zaczynał budowę elektrowni atomowej w Żarnowcu. Wielu pozostało w Sanoku kończąc studia, pracując na dyrektorskich stanowiskach. Teraz mamy od 2022 roku wojnę za wschodnią granicą, pomoc dla uciekinierów z Ukrainy, był covid – 19, tęczowe marsze, pucz w sejmie, ucieczka z funkcji premiera Tuska do Brukseli, Jego powrót, kłopoty kopalń węgla. A my, jak ten przysłowiowy Ślimak z Placówki wciąż trwamy, spieramy się o wiatraki, fotowoltaikę, elektrownie atomowe, CPK.
Polska mimo wszystko, na przekór wszystkiemu, wciąż trwa! A my w niej i z nią.
Jakby powiedział poeta „..jestem człowiekiem i nic co ludzkie, nie jest nam obce…”
Tylko dlaczego jest nas wciąż mniej i mniej?
„…O! Polsko! Póki ty duszę anielską
Będziesz więziła w czerepie rubasznym,
Póty kat będzie rąbał twoje cielsko,
Póty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,
Póty mieć będziesz hyjenę na sobie
I grób — i oczy otworzone w grobie!…” – pisał z kolei Juliusz Słowacki w „Grobie Agamemnona”.
Młodzi Przyjaciele….myślcie, myślcie i jeszcze raz myślcie! Myślenie ma przyszłość.
Jak powiedział nasz wielki Polak Papież Jan Paweł II „…wymagajcie od siebie, choćby nikt od Was niczego nie wymagał….” Wtedy Polska przetrwa, a Wy w niej i z nią!
Artykuł dostępny na stronie Zespołu Szkół nr 2 w Sanoku.
Apel do Absolwentów ZS2 w Sanoku
Drodzy Absolwenci,
Jeżeli w ostatnich latach organizowaliście spotkania swoich roczników, bardzo prosimy o kontakt! Chcielibyśmy zebrać informacje o tych wydarzeniach i wspomnieniach, aby wzbogacić naszą szkolną kronikę.
Prosimy o przesyłanie wiadomości na adres: sekretariat@zs2.sanok.pl
Wasze historie są dla nas cennym świadectwem szkolnych lat i wspólnej historii ZS2.
Z wyrazami szacunku,
Zespół Szkół nr 2 w Sanoku
źródło: Zespół Szkół nr 2 w Sanoku


Wykop.pl
lub zaloguj się aby dodać komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz